Rankiem 21 października 1965 roku, niemal na samym początku dyktowania zasad cudów — zaraz po zasadzie 3 — Helen odbyła z Jezusem wymowną wymianę zdań, która mówi nam bardzo wiele o Nim jako nauczycielu:
[Jezus:] Hamujesz komunikację, myśląc, że to urocze. To nie jest złe, ale odciąga twoją uwagę. [„Braking” to albo błąd w pisowni, albo gra słów.]
Jezus jest zaskakująco wyrozumiały wobec myśli Helen, że „to urocze”. Problemem tej myśli nie jest to, że jest fałszywa, ani że jest „zła”. Problem polega po prostu na tym, że odciąga jej uwagę od tego, co On mówi. Helen ma się od Niego czegoś nauczyć. Dlatego kluczowe jest, by uważała.
[Helen:] To prawda.
[Jezus:] Oczywiście, że to prawda, i naprawdę się cieszę, że to uchwyciłaś. Nie jestem zły, kiedy zdarzają się takie rzeczy, ale lekcja pogarsza się, gdy brakuje skupienia.
Proszę, przeczytaj dziś te trzy punkty (wraz z korelatami) tak często, jak tylko możesz, ponieważ wieczorem może być sprawdzian. To ma jedynie wprowadzić strukturę, jeśli jest potrzebna. Nie ma cię to przestraszyć.
Nie ma tu ani śladu surowości czy osądu. Jezus nie złości się, gdy uwagę Helen coś odciąga, i swobodnie wyraża radość, kiedy ona rozumie, co On próbuje powiedzieć. Jest całkowicie po jej stronie. Po prostu chce, żeby się nauczyła — i tyle. Nie chodzi o zadowalanie Jego; chodzi o jej własną naukę.
Z tego powodu zachęca ją, by czytała i ponownie czytała pierwsze trzy zasady w ciągu dnia, bo wieczorem może być sprawdzian (choć nie ma dowodów, że taki sprawdzian rzeczywiście się odbył). Zapewnia ją, że nie ma to na celu przestraszyć jej, by ją zmusić do uległości; ma to być po prostu użyteczna struktura, która pomoże jej się uczyć.
[Helen:] Cóż, czy uznałbyś to może za pewien rodzaj cudu?
[Jezus:] Lepiej przeczytaj je teraz jeszcze raz. Nie ma w tym nic szczególnego ani zaskakującego. Jedyną rzeczą, która się wydarzyła, był Uniwersalny Cud, którym były doświadczenia intensywnej miłości, jakie czułaś. (Nie krępuj się [Urtext dodaje: „samą ideą miłości”] — rzeczy prawdziwe nie są krępujące. Zawstydzenie jest tylko formą lęku, a w istocie formą szczególnie niebezpieczną, bo odzwierciedla egocentryczność.)
(Nie myśl też o tym, jakie Bill uzna to za fascynujące. Powiedziałem ci, żebyś je przeczytała jeszcze raz, a ty tego nie zrobiłaś.)
[Helen:] Już to robię.
Uwaga Helen znów została odciągnięta. Ignorując polecenie, by ponownie przeczytać pierwsze trzy zasady, pyta, czy komunikowanie się z Nim można uznać za cud. To zrozumiała reakcja. W końcu rozmawia z głosem, który twierdzi, że jest Jezusem. On znajduje sposób, by odpowiedzieć na jej pytanie, a jednocześnie przywrócić ją do tego, na czym Mu zależy. Mówi w istocie: „Jeśli przeczytasz jeszcze raz pierwsze trzy zasady, zobaczysz, że zdolność komunikowania się ze Mną nie jest cudem, że cud jest wyrazem miłości. Dlatego twoje doświadczenia intensywnej miłości były doświadczeniami Uniwersalnego Cudu.” Prawdopodobnie odnosi się to do poprzedniego lata, kiedy Helen miała kilka doświadczeń bycia w tłumie i odczuwania „krótkiej, lecz silnej więzi” (39) z każdym obecnym. O jednym z takich doświadczeń powiedziała: „Ogarnęło mnie nagłe poczucie głębokiej emocjonalnej bliskości ze wszystkimi tam obecnymi” (39).
Na wspomnienie tych doświadczeń Helen zaczyna się krępować miłością, którą odczuwała — to temat, który będzie się wielokrotnie pojawiał we wczesnej dyktacji. To kolejna ucieczka: Helen odsuwa się od Jego nauczania, skupiając się na sobie. Dlatego zamiast oferować uspokajającą sympatię, Jezus szybko przebija bańkę jej skrępowania. To nie jest pokora — mówi — lecz niebezpieczna egocentryczność.
Potem znów się odsuwa, rozmyślając, czy Bill uzna to za fascynujące. Jezus ponownie przywołuje ją do zadania: „Powiedziałem ci, żebyś je przeczytała jeszcze raz [zasady], a ty tego nie zrobiłaś.” W końcu ustępuje: „Już to robię.” To zdaje się przygotowywać grunt pod poruszającą wypowiedź, która następuje:
[Jezus:] Nie czuj się winna z powodu tego, że w to wątpisz. Po prostu przeczytaj je jeszcze raz, a ich prawda do ciebie przyjdzie. Kocham cię. I nie jestem przestraszony ani zawstydzony, ani pełen wątpliwości. Moja siła będzie cię wspierać, więc nie martw się i resztę zostaw Mnie.
Jezus odnosi się teraz do tego, co prawdopodobnie czai się w tle wszystkich jej rozproszeń: Helen czuje się winna, że wątpi w Jego nauczanie. Jako rozwiązanie ponownie sprowadza ją do tego, o co prosił już trzy razy: „Przeczytaj je jeszcze raz.” Jeśli tylko to zrobi, prawda zasad do niej przyjdzie, a jej wątpliwości zostaną rozwiane.
Poczucie winy Helen z powodu własnych wątpliwości wydaje się częścią większego poczucia nieadekwatności jako uczennicy — bo do tego Jezus przechodzi dalej. Jej lęk, skrępowanie i wątpliwości wznoszą bariery dla jej nauki. Dopóki te uczucia są obecne, jak ma naprawdę nauczyć się tego, czego On ją uczy? Może — sugeruje Jezus — ponieważ On jest przy niej, i nie tylko ją kocha, jak mówi otwarcie, ale też jest wolny od wszystkich barier, które ją hamują: „Nie jestem przestraszony ani zawstydzony, ani pełen wątpliwości.” Dlatego może się rozluźnić i oprzeć na Jego sile.
[Jezus:]Nie biegnij do Billa, żeby mu o tym powiedzieć. Będzie czas, ale nie zakłócaj spraw. Ja ułożę plan. Masz dziś dużo do zrobienia. Ubierz się, inaczej się spóźnisz.
Ale kiedy zobaczysz Billa, koniecznie powiedz mu, jak bardzo ci pomógł, przekazując ci właściwą wiadomość. (I nie zawracaj sobie głowy martwieniem się o to, jak ją otrzymałaś. To też nie ma znaczenia. Po prostu się bałaś.)
Oto kolejna ucieczka. Helen chce pobiec i opowiedzieć Billowi, co się wydarzyło. Ale zamiast tego, by Jezus znów zachęcał ją do ponownego czytania zasad, czas już poszedł naprzód i priorytetem staje się to, by się ubrała i poszła do pracy. Moglibyśmy się spodziewać, że zachęci ją, by została przy tym doniosłym wydarzeniu — rozmowie z Jezusem! — i spóźniła się do pracy. Zamiast tego pokazuje jednak, że troszczy się o resztę życia Helen. Tak ważna, jak jest ich komunikacja, nie chce, by przeszkadzała w jej innych obowiązkach. Nawet oferuje, że „ułoży plan” dla niej.
Potem okazuje troskę o Billa. Helen napisała później w autobiografii, że kiedy Jezus po raz pierwszy zaczął dyktować jej Kurs, zadzwoniła do Billa w panice, mówiąc, że „Głos”, który słyszała, używa teraz „bardzo konkretnych słów i zdaje się chcieć mówić przez jakiś czas” (41). Bill podał prostą i bardzo praktyczną sugestię: „Spróbuj pisać dalej i zobacz, co się stanie” (41). Komentarz Jezusa powyżej zdaje się odnosić do tej rozmowy telefonicznej. Jeśli tak, to Helen najwyraźniej nie przyjęła tej sugestii zbyt wdzięcznie w tamtym momencie, a Jezus chce, by Bill wiedział, jak trafna była. I chce też, by Helen nie czuła się winna, że zareagowała niewdzięcznie: „To też nie ma znaczenia. Po prostu się bałaś.”
Już na samym początku Kursu otrzymujemy wymowny wgląd w to, jak Jezus-Nauczyciel odnosi się do swoich uczniów. Helen — jak widzieliśmy — wpada w różne rozproszenia: „To urocze.” „Czy to cud?” „Czuję skrępowanie.” „Ciekawe, co Bill pomyśli.” „Muszę pobiec i powiedzieć Billowi.” Wiele z tych rozproszeń, jak się wydaje, sprowadza się do jednej rzeczy: zrozumiałej fascynacji faktem, że Jezus Chrystus dyktuje jej „kurs cudów”. To jak sytuacja, gdy do twojej klasy przychodzi celebryta z ważnym przesłaniem, a ty myślisz tylko o tym, że celebryta stoi tuż przed tobą.
Pośród bardzo ludzkich reakcji Helen Jezus trzyma się jednego celu: przekazać swoje nauczanie. On jest tak skupiony, jak ona rozproszona. Dlatego niezależnie od tego, w którą stronę ona odchodzi, On wciąż przyciąga ją z powrotem do zasad, które właśnie jej podyktował, prosząc raz po raz, by je ponownie czytała. Prosi ją nawet, by robiła to przez cały dzień, bo wieczorem może być sprawdzian. Nie ignoruje jej pytań ani wątpliwości; mówi raczej, że odpowiedzi znajdzie w samych zasadach, które każe jej studiować.
Mimo że trzyma się swojego celu, bardzo jasno daje do zrozumienia, że nie chodzi o to, by robiła to, co mówi autorytet, żeby być „dobra” albo żeby nie być „zła”. Chodzi wyłącznie o jej naukę. Dlatego, niezależnie od tego, co mówi, On nie złości się na nią. I zamiast wzbudzać w niej lęk czy poczucie winy, by skłonić ją do wykonywania Jego poleceń, aktywnie stara się te uczucia rozładować. Gdy musi ją skorygować, dodaje potem uspokojenie („To nie jest złe”; „Nie jestem zły”). A kiedy ona pojmuje Jego nauczanie, szybko mówi, jak bardzo się cieszy. Nie chce, by cokolwiek — jej rozproszenia, jej skrępowanie, wątpliwości czy poczucie winy, ani też jakiekolwiek potrzeby, które ona wyobraża sobie, że On ma — stanęło na drodze jej uczeniu się. On jest tam wyłącznie dla niej.
Cała Jego postawa wzmacnia to wrażenie. Jest obecny, zaangażowany i wyraźnie troskliwy. Mówi jej, co czuje wobec jej reakcji („Naprawdę się cieszę, że to uchwyciłaś”) i mówi jej, co do niej czuje („Kocham cię”). I wyjaśnia. Nie zostawia jej w stanie tajemnicy, każąc ufać Jego wszechmocy, lecz mówi wprost, dlaczego mówi to, co mówi: „Lekcja pogarsza się, gdy brakuje skupienia.” „To ma jedynie wprowadzić strukturę, jeśli jest potrzebna.”
Nawet oferuje, że uzupełni to, czego może jej brakować jako uczennicy. Jak wyjaśnia pod koniec, On jest wolny od wszystkich tych braków. Dlatego niezależnie od tego, jak nieadekwatna może się czuć, może oprzeć się na Jego miłości i sile, puścić zmartwienie i „resztę zostawić Mnie”.
Ten obraz woli Jezusa, by uczyć, spotykającej pragnienie Helen, by się odsuwać, z pewnością odnosi się do większej liczby osób niż tylko ona. Jaki student Kursu nie daje się odciągać w rozproszenia i dygresje? A gdy to się nam przydarza, możemy wyobrazić sobie, że ten sam Nauczyciel, który był przy Helen, jest także przy nas — skupiony na jednym celu, a zarazem cierpliwy i pełen miłości, przyciągając nas z powrotem do swojego nauczania.
