oryginalny artykuł Roberta Perry’ego znajdziesz na circleofa.org.
(Robert został zaproszony do napisania tego rozdziału do zbioru prac naukowych zatytułowanego The Healing Power of Spirituality: How Faith Helps Humans Thrive (Uzdrawiająca moc duchowości: jak wiara pomaga ludziom się rozwijać ) pod redakcją J. Harolda Ellensa. Rozdział ten znajduje się w tomie I tego zbioru, Personal Spirituality (Duchowość osobista ) .
********
Ewangelia Q jest hipotetyczną ewangelią. „Istnieje” jedynie w szczątkach, jakie pozostawiła po sobie, rozproszonych po Ewangeliach Mateusza i Łukasza. Jej znaczenia nie można jednak pominąć. Wielu uczonych uważa ją za nasz najwcześniejszy pisemny zapis tradycji Jezusa. Została nazwana „z pewnością najważniejszym źródłem do rekonstrukcji nauczania Jezusa” (Theissen & Merz, 1998, s. 29) i „naszym głównym źródłem informacji o tym, co próbował powiedzieć i zrobić” (Robinson, 2007, s. vii). Przedstawia jednak zupełnie inną wizję pierwotnego chrześcijaństwa niż tradycyjna przekazywana z Dziejów Apostolskich. Mówiąc dokładniej, przedstawia Jezusa, który nie jest jeszcze Chrystusem chrześcijaństwa. W przeciwieństwie do tradycyjnych obrazów, w Q Jego czyny schodzą na dalszy plan w stosunku do Jego słów. Nie interesuje się kerygmatem ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Wybrańca, który jest głoszony przez wczesny kościół. W istocie wydaje się, że w ogóle nie interesuje się sobą samym. Zamiast tego przedstawia nam głęboką i poruszającą wizję tego, jak żyć.
„Q” to skrót od niemieckiego „Quelle” , oznaczającego „źródło”. Q zostało „odkryte” w 1838 roku jako naturalny rezultat koncepcji pierwszeństwa Marka – idei, że Ewangelia Marka została napisana jako pierwsza, a Mateusz i Łukasz zasadniczo zaczerpnęli swoją fabułę od Marka. Po wyodrębnieniu całej Ewangelii Marka z Ewangelii Mateusza i Łukasza, łatwo zauważyć, że Mateusz i Łukasz nadal mają wiele wspólnego. Co więcej, materiał ten ma cechy, które silnie sugerują, że pochodzi ze wspólnego źródła pisanego (w przeciwieństwie do wspólnego zbioru tradycji ustnej). John S. Kloppenborg (2000, s. 56–60) sprowadza te cechy do trzech:
- Zgodność ustna. Ustne uzgodnienia Mateusza i Łukasza w materiałach Q są momentami niemal dosłowne. Ogólnie rzecz biorąc, Mateusz i Łukasz zgadzają się ze sobą bardziej, kiedy przepisują z Q (zakładając, że Q istniało) niż z Marka (Kloppenborg Verbin, 2000, s. 57-58).
- Zgodność w kolejności. Chociaż Mateusz i Łukasz umieszczają fragmenty Q w różnych miejscach fabuły Marka, nadal wykazują uderzającą zgodność we względnej kolejności materiału Q. „Około jedna trzecia perykop, stanowiąca prawie połowę liczby słów, jest w tej samej względnej kolejności” (Kloppenborg Verbin, 2000, s. 29).
- Nietypowe zwroty i słowa. W materiale Q, Mateusz i Łukasz posługują się różnymi nietypowymi słowami i konstrukcjami gramatycznymi, które są rzadkie lub nieobecne w ówczesnej literaturze żydowskiej i chrześcijańskiej.
Badacze Nowego Testamentu uznali dowody na istnienie Q za tak przekonujące, że czołowy uczony Marcus Borg szacuje, iż „ponad 90 procent głównych badaczy akceptuje… istnienie Q” (2006, s. 314). W rezultacie hipoteza dwóch dokumentów (że Marek i Q były dokumentami źródłowymi dla Mateusza i Łukasza) stanowi fundament współczesnej nauki o Nowym Testamencie.
Księga Q składa się niemal wyłącznie z wypowiedzi Jezusa. Nie ma tu historii narodzin, a co ważniejsze, nie ma opowieści o męce i zmartwychwstaniu. Jest tylko jedna historia o cudzie (uzdrowienie syna setnika), a mimo to stanowi ona głównie tło dla końcowych słów Jezusa. Znajdują się tam odniesienia do cudów Jezusa i pośrednie odniesienia do Jego ukrzyżowania, więc nie chodzi o to, że te wydarzenia są negowane. Po prostu są one w tle. Na pierwszym planie znajduje się Jego nauczanie.
To skupienie się na nauczaniu i wynikający z tego brak narracji o męce Chrystusa sprawiły, że wielu uczonych uznało Q za swego rodzaju „półewangelię”, stanowiącą uzupełnienie kerygmatu o krzyżu i zmartwychwstaniu. W końcu, jak prawdziwa ewangelia mogłaby nie zawierać historii ukrzyżowania? To podejście zmieniło się jednak wraz z odkryciem Ewangelii Tomasza w 1945 roku. Oto ewangelia, która jednak była bardzo podobna do Q: zbiór wypowiedzi, bez historii narodzin, śmierci ani zmartwychwstania Jezusa. Co więcej, prawie jedna trzecia wypowiedzi Tomasza (37 ze 114) miała swoje odpowiedniki w Q! (Kloppenborg, 2008, s. 109).
Obecnie powszechnie uznaje się, że Q była ewangelią konkretnej społeczności. Była to jej interpretacja znaczenia i wagi Jezusa dla tej społeczności. To, co czyni tę konkretną interpretację tak ważną, to jej bliskość do Jezusa, zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Uważa się, że najwcześniejsza wersja Q została spisana w latach 50. lub 60. XX wieku, dekady przed ewangeliami Nowego Testamentu. Co więcej, opierając się na wewnętrznych odniesieniach geograficznych, wielu uczonych uważa, że została spisana w Dolnej Galilei, gdzie faktycznie miała miejsce posługa Jezusa. Q reprezentuje zatem rodzaj kapsuły czasu, zakopanej nie w ziemi, ale w kanonicznych ewangeliach, starożytnym zapisie ruchu Jezusa przed chrześcijaństwem. Przenosi nas ona do czasów, gdy głos Jezusa wciąż brzmiał w uszach jego naśladowców.
Nikt dzisiaj jednak nie uważałby Q za czysty zapis słów Jezusa. Zostało ono wyraźnie ukształtowane ręką redaktora. Zawiera zarówno wczesny materiał, jak i późniejsze naleciałości. Jak zatem mamy oddzielić wczesny od późnego? Obecnie dominującą propozycją w dyskusji jest propozycja Kloppenborga. W 1987 roku w The Formation of Q kontynuował on wcześniejsze sugestie innych badaczy i podzielił Q na trzy warstwy, z których dwie pierwsze — Q1 i Q2 — były najważniejsze. [1] Opierając się na analizie literackiej twierdził, że pierwotna forma Q składała się z sześciu mądrościowych przemów, które nawołują słuchaczy do „kontrkulturowego stylu życia, który obejmuje miłość do wrogów, rezygnację z odwetu, darowanie długów i gotowość narażania się na niebezpieczeństwo, a wszystko to podparte apelami do wszechogarniającej opieki troskliwego Boga” (Kloppenborg Verbin, 2000, s. 392). James Robinson wykazał później, że wielu innych naukowców uważało, że te same przemówienia pochodzą z „archaicznej warstwy sprzed Q” (Robinson, 2007, s. 1, 190–196), co potwierdza ich archaiczny charakter.
Druga warstwa Kloppenborga stanowi dramatyczne odejście od mądrościowego Q1. Określa on tę warstwę jako „apokaliptyczną” i twierdzi, że charakteryzuje ją „zapowiedź sądu”. Zakłada ona deuteronomistyczną wizję historii, w której Bóg wielokrotnie wysyła swoich posłańców do zatwardziałego Izraela, który ich odrzuca i zabija, prowokując w ten sposób karę Bożą. Q2 ukazuje ten schemat powtarzający się w obecnym pokoleniu, które odrzuciło ostatnich posłańców Boga – Jana i Jezusa – i w ten sposób zasłużyło na nadchodzący sąd Boży.
Dlaczego Kloppenborg wnioskuje, że ta warstwa jest późniejszym dodatkiem? Przede wszystkim z powodu interpolacji , czyli miejsc, w których apokaliptyczny materiał z Q2 został wstawiony w środek zorganizowanego dyskursu Q1, zakłócając tym samym jego logikę. Ten materiał z Q2 jest dołączony do Q1 na podstawie tematu lub hasła. Sprawia to nieodparte wrażenie, że materiał z Q1 był tam pierwszy, tak jak wieszak na kapelusze musiał być tam, zanim kapelusz został na nim powieszony.
Jeśli chodzi o słowa Q, posłużę się tłumaczeniem Międzynarodowego Projektu Q (IQP), grupy ponad czterdziestu naukowców pod przewodnictwem Jamesa M. Robinsona, Johna S. Kloppenborga i Paula Hoffmana, którzy spotykali się dwa razy do roku, począwszy od 1985 r. i korzystali z ogromnej bazy danych badań nad Q sięgającej 1838 r., aby skonstruować przybliżenie oryginalnego brzmienia i kolejności Q. W 2000 r. wydali The Critical Edition of Q z zamiarem, aby „służyło jako standardowe narzędzie badawcze do badania Q w przyszłości” (str. xv).
Kazanie inauguracyjne i miłość do nieprzyjaciół
W tym rozdziale będę się opierać na Q1, aby przekazać przesłanie Jezusa. W szczególności będę czerpał z pierwszego i najdłuższego z sześciu przemówień Kloppenborga. Jest ono często nazywane „Kazaniem Inauguracyjnym” lub po prostu „Kazaniem”. Robinson opisuje jego kluczowe znaczenie:
Najbardziej znanym tego typu zbiorem jest tzw. Kazanie, choć jest to w rzeczywistości mylące określenie, ponieważ nie zakłada się, że jest to przemówienie wygłoszone przez Jezusa w danej chwili. Jest to raczej wczesny zbiór wypowiedzi Jezusa, który niewątpliwie uznawano za sedno jego przesłania. To „kazanie” zostało umieszczone na początku przesłania Jezusa w Ewangelii Q. Ponieważ Mateusz i Łukasz zapożyczyli Kazanie od Marka, każdy z nich umieścił je w nieco innym miejscu geograficznym. W rezultacie u Mateusza nazywa się ono Kazaniem na Wzgórzu, a u Łukasza Kazaniem na Równinie (2005, s. 20-21).
Jeśli Kazanie Inauguracyjne stanowiło sedno przesłania Jezusa, to wykład o miłości nieprzyjaciół można by nazwać sednem sedna. Jak powiedział Walter Bauer w 1917 roku:
W archaicznej formie Kazania na Wzgórzu nakaz miłości nieprzyjaciół zajął dominującą pozycję i po wstępie do Błogosławieństw stanął na czele całej serii napomnień. U Mateusza, który poddał tę archaiczną formę wszechogarniającej rewizji, ten wymóg zanikł. (cyt. za: Robinson, 2005, s. 15)
Przyglądając się tłumaczeniu IQP, uderzające jest, jak bardzo eksponowany jest w nim dyskurs o miłości do nieprzyjaciół. Jak zauważył Bauer, następuje on bezpośrednio po Błogosławieństwach (których jest teraz tylko cztery: ubodzy, głodni, żałobni i prześladowani). Zajmuje on trzydzieści procent całości Kazania, co czyni go najdłuższym zintegrowanym dyskursem w Kazaniu. Oprócz tego, że zajmuje on czołowe miejsce w Q, znaczna jego część prawie na pewno pochodzi od Jezusa. Zawiera dwie wypowiedzi najwyżej ocenione przez Jesus Seminar (6:29a i 6:29b) i pięć z ośmiu najwyżej ocenionych (Funk, Hoover i the Jesus Seminar, 1993, s. 549).
Poniżej znajduje się ta rozprawa. Dołączyłem werset 6:36 („Będąc pełnym litości jak Ojciec wasz”), ponieważ wydaje się on funkcjonować w Q jako zakończenie rozprawy, tak jak w wersji Mateusza. Ponadto wersyfikacja jest Łukaszowa, ponieważ uczeni uważają, że Łukasz pozostał bardziej wierny kolejności Q. Wreszcie, dla czytelności (i zgodnie z praktyką w Robinson, 2007, s. 241), pominąłem znaki z The Critical Edition of Q , które wskazują na różne rodzaje i stopnie pewności i niepewności. Jedynymi pozostałymi znakami są dwie kropki (przed 6:32 i w 6:36), które wskazują na niepewność, czy jakikolwiek tekst zajmował te miejsca, oraz nawiasy (w 6:34), gdzie tekst musiał zostać poprawiony.
Kochaj swoich wrogów
27 Miłujcie waszych nieprzyjaciół 28 i módlcie się za tych, którzy was prześladują, 35c-d abyście stali się synami Ojca waszego, ponieważ On pozwala swojemu słońcu wzejść nad złymi i dobrymi, i On zsyła deszcz zarówno na sprawiedliwych jak i niesprawiedliwych. (Ko 6:27-28, 35c-d = Mt 5:44-45)
Zrzeczenie się własnych praw
29 Temu, kto cię uderzy w policzek, nadstaw i drugi; a temu, kto chce cię pozwać do sądu i wziąć twoją szatę, oddaj i płaszcz. Mt 5:41 A temu, kto cię zmusi do przejścia jednej mili, idź z nim i drugą. 30 Temu, kto cię prosi, daj; a od tego, kto pożycza, nie żądaj zwrotu, który ci się należy. (Ps 6:29-30 = Mt 5:39-42)
Złota zasada
31 A jak chcecie, żeby ludzie was traktowali, tak i wy ich traktujcie. (P 6:31 = Mt 7:12)
Bezinteresowna miłość
32. Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, jakąż macie nagrodę? Czyż i celnicy tego nie czynią? 34. A jeśli pożyczacie tym, od których spodziewacie się otrzymać, jaką macie nagrodę? Czyż i poganie tego nie czynią? (P 6:32, 34 = Mt 5:46, 47)
Bądź pełnym litości jak twój Ojciec
36 Bądźcie pełni litości, jak i Ojciec wasz pełen jest litości. (Pwt 6:36 = Mt 5:48)
Uważam, że to naprawdę niezwykły dyskurs, który wstrząsa naszą współczesną psychiką równie mocno, jak musiał zadziwić swoich pierwotnych odbiorców. Interpretując go, będę dążył do wydobycia jego prostego znaczenia. Nie chodzi tu o zawoalowaną symbolikę i metaforę, lecz raczej o serię prostych nakazów. Zamierzam zagłębić się w ich proste znaczenie i wydobyć ukryte w nich założenia. Czyniąc to, wykorzystam każde stwierdzenie, aby rzucić światło na każde z nich. Choć prawdą jest, że przynajmniej kilka z tych powiedzeń było prawdopodobnie pierwotnie niezależnych (Kloppenborg, 1987, s. 174), nadal wyrażają one wystarczająco dużo wspólnego sentymentu, aby wzajemnie się wyjaśniać.
Kochaj swoich wrogów
Pierwsza część rozpoczyna się od surowego nakazu: „Kochajcie swoich wrogów”. Wszyscy oczywiście znamy to powiedzenie. Czy jednak kiedykolwiek zastanawialiśmy się nad stanem emocjonalnym, który ono opisuje, nad tym, jak to jest naprawdę kochać naszych wrogów ? To zrozumiałe, jeśli nie. To powiedzenie wydaje się niespójne z prostego powodu: miłość i wrogość to dwa przeciwieństwa. Są nie tylko przeciwstawne jako emocje, ale reprezentują osoby na przeciwległych krańcach naszego osobistego spektrum. Kochamy tych bliskich i drogich nam, z którymi nasza więź jest głęboka, pozytywna i trwała, którzy pragną naszego szczęścia i fundamentalnie nas wspierają. Czujemy wrogość wobec tych, którzy są nam przeciwni, którzy chcą czerpać zyski naszym kosztem, którzy gardzą nami i myślą o nas najgorzej, i którzy chcą nas zniszczyć. Tę pierwszą grupę staramy się przyciągnąć. Drugą grupę chcemy trzymać z daleka, po drugiej stronie muru, jeśli nie po drugiej stronie planety. Czy potrafimy sobie wyobrazić, że możemy odczuwać tę samą głęboką miłość do wroga, jaką czujemy, powiedzmy, do swojego partnera?
Zachęcam do wypróbowania tego. Wybierz kogoś, kogo kochasz tak mocno i bezwarunkowo, jak to możliwe, a następnie wyobraź sobie, że czujesz tę samą miłość do kogoś, kogo uważasz za wroga (pamiętając, że każdy, do kogo czujesz wrogość, jest wrogiem). Uważam to za ciekawe i pouczające ćwiczenie. Gdybyś był w stanie poczuć choć odrobinę tej miłości i utrzymać to uczucie, ta osoba nie byłaby już twoim wrogiem (nawet jeśli nadal byłeś jej/jego).
Miłość idzie w parze z autentyczną troską, którą, jak sądzę, dostrzegamy już w kolejnym zdaniu: „I módlcie się za tych, którzy was prześladują”. Miłość pragnie jedynie dobra ukochanej osoby. Jeśli ukochana osoba wpadnie w dołek, miłość pragnie jedynie, by ją z niego wydobyć. Jeśli ten dołek jest jej błędem, miłość nadal pragnie jedynie, by ją z niego wydobyć – nie po to, by spłacić dług wobec prawdy, ale po prostu by odzyskać szczęście. A jeśli ten błąd pociąga za sobą prześladowanie ukochanej osoby, miłość nadal pragnie dokładnie tego samego.
Tak właśnie, moim zdaniem, powinniśmy odczytywać nakaz „módlcie się za tych, którzy was prześladują”. Moglibyśmy ulec pokusie, by odczytać go w bardziej typowy, protekcjonalny sposób, modląc się, aby ci idioci ujrzeli światło i poprawili swoje drogi (a przede wszystkim przestali nas prześladować ). Jednak biorąc pod uwagę jego umiejscowienie, modlitwa za prześladowców jest wyraźnie tym samym, co kochanie wrogów. W konsekwencji, musimy interpretować modlitwę jako wyraz miłości, jako wylanie czystej dobrej woli połączonej z autentyczną troską, która nie wie nic poza tym, że nasza ukochana osoba jest w dołku i że trzeba ją z niego wyciągnąć. Nie ma znaczenia, jak jej dołek może na nas osobiście wpłynąć. Chcemy po prostu, aby była szczęśliwa.
Teraz dochodzimy do powodu, by kochać swoich wrogów i modlić się za swoich prześladowców: „abyście stali się synami Ojca waszego, ponieważ On pozwala swojemu słońcu wzejść nad złymi i dobrymi, i On zsyła deszcz zarówno na sprawiedliwych jak i niesprawiedliwych”. Choć jest to krótkie, to w pigułce stanowi głęboką i niekonwencjonalną wizję Boga. Zanurzeni w typowym spojrzeniu, w którym Bóg reaguje zupełnie inaczej na „złych i dobrych”, łatwo jest po prostu prześlizgnąć się po tym zdaniu. Jeśli w ogóle do niego docieramy, być może pomyślimy: „Cóż, być może w pewnym sensie Bóg traktuje wszystkich jednakowo”. Tradycyjna idea, że Bóg traktuje złych i dobrych w różny sposób, staje się zatem szerszą ramą, w którą próbujemy wpasować ten szczegół, że „w pewnym sensie Bóg traktuje wszystkich tak samo”. A co, jeśli ta wizja bezstronnego Boga przedstawionej przez Jezusa nie jest tylko przypisem w szerszym pojęciu Boga? Co, jeśli jest Jego szerszym pojęciem?
Wierzę, że czysta intelektualna uczciwość wymaga od nas zmierzenia się z konfliktem między tymi dwoma poglądami. Są to po prostu konkurujące ze sobą wizje Boga. W tradycyjnym ujęciu, podstawową cechą charakteru Boga jest to, że traktuje zło i dobro odmiennie. W końcu skazuje zło na wieczne palenie w piekle, a dobro unosi do wiecznej szczęśliwości w niebie. Trudno o bardziej odmienne traktowanie!
To całkiem naturalne, że postrzegamy Boga w ten sposób, ponieważ, z naszego doświadczenia, tak zachowuje się każda żywa istota. Zwierzęta inaczej reagują na swoje młode, a inaczej na swoich śmiertelnych wrogów. Ludzie oczywiście są dokładnie tacy sami. Traktujemy naszą rodzinę zupełnie inaczej niż przestępcę, który jej zagraża. Całe nasze doświadczenie z istotami świadomymi polega na tym, że reagują one inaczej na różne stworzenia. Skoro wszystko zachowuje się w ten sposób, dlaczego Bóg miałby inaczej?
W istocie, odczuwamy ogromną presję, by postrzegać Boga jako tego, który karze złych, a nagradza dobrych. W społeczeństwie ludzkim, oczywiście, źli często lądują na szczycie drabiny społecznej, podczas gdy dobrzy na próżno czekają na swoją nagrodę. Obserwując to rok po roku, dekadę po dekadzie, narasta w nas presja, by uwierzyć, że w końcu szala się wyrówna. Nasze oczy zwracają się wtedy ku Bogu jako ostatecznej instancji, miejscu, gdzie wszyscy w końcu otrzymają to, na co zasługują, gdzie sprawiedliwość w końcu zostanie wymierzona.
W tej roli pozwalamy Bogu na brak łaski, który sami uznalibyśmy za niechrześcijański. Jako sam szczyt systemu sprawiedliwości, jest On upoważniony do czynienia rzeczy, które, gdybyśmy je czynili, byłyby samosądem. Paweł wyraził to jasno: „Umiłowani, nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu. Napisano bowiem: Do mnie należy pomsta, Ja odpłacę, mówi Pan” (Rz 12,19; NRSV). Szczególnie znamienne w tym fragmencie jest to, że jest on otoczony wyraźnymi aluzjami do nauk zapisanych w Q: „Błogosławcie tym, którzy was prześladują” (12,14); „Nikomu złem za złe nie odpłacajcie” (12,17); „Jeśli wasi wrogowie są głodni, nakarmcie ich” (12,20). Jednak dla Pawła teologiczna podstawa tej etyki jest przeciwieństwem tej, którą podaje Q. Paweł: „Kochajcie waszych wrogów, bo pomsta należy do Boga”. Q: „Kochajcie waszych wrogów, bo tak czyni Bóg”.
Musimy być gotowi uznać, że Jezusowa wizja Boga była tą drugą. W tradycji Jezusa jest po prostu zbyt wiele migawek Boga, który kocha wszystkich, w tym złych, zagubionych [2] , ostatnich [3] , biednych [4] i zwykłych ludzi. [5] To jest oczywiście sedno słynnej przypowieści o synu marnotrawnym. Migawka, którą widzimy tutaj w Kazaniu Inauguracyjnym, jest wyraźna, a także całkiem piękna. Miłość Boga jest porównana do życiodajnego słońca rzucającego swoje światło na cały krajobraz, ogrzewając twarze zarówno dobrych, jak i złych. Lub do życiodajnego deszczu spływającego po krajobrazie, błogosławiącego wszystkich potrzebną wodą i obietnicą obfitych plonów. Zarówno słońce, jak i deszcz są całkowicie nieświadome statusu moralnego osób, którym udzielają swoich błogosławieństw. Nie zastanawiają się nad tym statusem, zanim na kogoś spadną. Po prostu spadają, dając ciepło, dając życie, bez rozróżnienia. Nikt nie jest faworyzowany i nikt nie jest wykluczany. Według tego nauczania, tak właśnie kocha Bóg.
Zauważmy również, że oba obrazy symbolizują odnowę i odrodzenie. Deszcz odnawia ziemię. Wschód słońca („wskrzesza swoje słońce”) to odrodzenie światła po ciemności. W tej metaforze zatem Boża miłość nas odnawia, sprawia, że się odradzamy. Uważam obraz słońca za szczególnie znaczący. Słońce to transcendentna siła, która unosi się wysoko ponad ziemię, gdzie zsyła światło i życie, ratując nas przed ciemnością i śmiercią. Jest stałe, niezmienne. Jedyne, co robi, to świeci. Dlatego wybiórcze świecenie, odmowa oświecenia kogoś, byłoby sprzeczne z jego naturą. Co więcej, świecenie na kogoś jest metaforą uśmiechu do kogoś, radości z tą osobą. Zatem, jeśli Boża miłość jest jak słońce, oznacza to, że Bóg nie jest zdolny do niczego innego niż kochanie, do niczego innego niż promieniowanie swoją powszechną aprobatą, niezdolny zostawić na lodzie nawet największego grzesznika. Z natury wszystko, co może zrobić, to oblać wszystkich ciepłem swojego niezachwianego uśmiechu.
Jak wspomniałem powyżej, to Bóg, który różni się od naszego doświadczenia z innymi żywymi istotami. Ten Bóg zdecydowanie nie jest typową projekcją ludzkiej omylności i faworyzowania na kosmiczny ekran. Skąd Jezus wziął tak radykalną wizję? Robinson rozważa:
Uderzające jest, że Jezus, w tym najważniejszym momencie, nie wywodził swojej niezwykłej wizji Boga i swojej najwyższej etyki [miłości do wrogów] z pism hebrajskich ani z żadnej kultury starożytnego Bliskiego Wschodu. W takim przypadku trudno byłoby bowiem skupić się na bezstronności Boga zarówno wobec wrogów, jak i przyjaciół…
…To rzeczywiście byłoby zaskakujące, że niezwykły pogląd Jezusa na Boga i wynikająca z niego radykalna etyka wywodzą się z jego doświadczenia otaczającej go natury. W Nazarecie klimat po złej stronie torów miałby być taki sam jak po prawidłowej stronie. Niezwykłe byłoby to, że ktoś taki jak Jezus wyciągnął tak radykalną etykę z tej prostej obserwacji natury. (2007, s. 134-135)
Borg, z kolei, zdaje się postrzegać wizję Boga u Jezusa jako zakorzenioną w bezpośrednim doświadczeniu duchowym. Mówiąc o niekonwencjonalnym nazywaniu Boga przez Jezusa abba („papa”), Borg stwierdza: „Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem odejścia Jezusa od konwencjonalnego sposobu nazywania jest intensywność jego doświadczenia duchowego… W centrum życia modlitewnego Jezusa znajdowało się doświadczenie komunii z Bogiem” (1987, s. 45).
Jednym ze sposobów wyrażenia tego, co jest tak odmiennego w tym Bogu, jest zauważenie, że [6] brakuje mu tego, co ma każdy inny: życia złożonego z serii koncentrycznych kręgów. [7] W centrum każdego życia znajduje się jaźń. Następnie bezpośrednio wokół tej jaźni znajduje się jej wewnętrzny krąg, złożony z tych ludzi i rzeczy postrzeganych jako zgodne z tą jaźnią, zgodne z jej interesami. Od tego miejsca rozchodzi się seria dalszych kręgów, w których ta zgodność, jak się postrzega, zanika z każdym kolejnym kręgiem. Zewnętrzne kręgi składają się coraz bardziej z tego, co jest postrzegane jako antagonistyczne wobec jaźni, obce jej, wrogie jej interesom. Zewnętrzne kręgi, krótko mówiąc, są zajęte przez Innego – obcego i, co najważniejsze, wroga. Ponieważ miłość jest odpowiedzią na to, co jest postrzegane jako przyjemne dla jaźni, nasza miłość naturalnie słabnie z każdym kolejnym kręgiem, ostatecznie przekształcając się w swoje przeciwieństwo: podejrzliwą obojętność wobec obcego i otwartą nienawiść do wroga.
W taki czy inny sposób dotyczy to każdego życia. Każda jaźń przyciąga do swojego serca i do swojego życia to, co uważa za zgodne ze swoimi interesami, a odpycha i chroni się przed tym, co postrzega jako antagonistyczne. Ta architektura życia ludzkiego (i zwierzęcego) jest tak domyślna, tak niezmienna, że nie zawracamy sobie nią głowy. Wydaje się być uniwersalnym szablonem.
To właśnie czyni tego Boga tak niezwykłym. Zupełnie wykracza poza uniwersalny szablon. Nie ma u Niego koncentrycznych kręgów. Czuje wobec tych, którzy powinni być w zewnętrznym kręgu, jakby byli w wewnętrznym i traktuje ich odpowiednio. Dla Niego są w wewnętrznym kręgu. Wydaje się, że to jest główny punkt powiedzenia o słońcu i deszczu. Nie możemy nie zauważyć kontrastu z tradycyjnym poglądem, gdzie „dobrzy” i „sprawiedliwi” znajdują się w wewnętrznym kręgu Boga, a „źli” i „niesprawiedliwi” są „wyrzuceni w ciemności zewnętrzne” (Mt 8,12; ASV). Powiedzenie, że Bóg traktuje złych i niesprawiedliwych tak, jakby byli członkami wewnętrznego kręgu, mówi w najjaśniejszych słowach, jakie są możliwe, że to nie jest tradycyjny Bóg, że u tego Boga nie ma kręgów . Wszyscy są w wewnętrznym kręgu.
Właśnie dlatego jesteśmy wezwani do miłowania naszych wrogów. Jesteśmy wezwani do zburzenia typowej architektury ludzkiego życia, do porzucenia tego uniwersalnego szablonu, do zburzenia tych koncentrycznych murów. Jesteśmy wezwani do włączenia wszystkich do naszego najbliższego kręgu, nawet tych, którzy zdają się być zdeterminowani, by nas zniszczyć. Dlaczego? Bo taki jest Bóg. Kochając naszych wrogów, stajemy się do Niego podobni. Stajemy się odłamkiem starego bloku. Słowami Jezusa: „Wy… stajecie się synami Ojca waszego”.
Jakże to się różni od tradycyjnej koncepcji „syna Bożego”! Ostatecznie, oczywiście, jeden człowiek został uznany za Syna Bożego, kogoś obdarzonego przed zaraniem dziejów unikalną boską naturą, a zatem kogoś, kogo my, zwykli śmiertelnicy, mogliśmy jedynie podziwiać i czcić. Ale tutaj, w Q, role się odwracają: zamiast patrzeć na niego jako na Syna Bożego, on wzywa nas, abyśmy stali się synami Bożymi. I czynimy to, mówi, burząc nasz system kręgów, kochając dosłownie każdego miłością wewnętrznego kręgu.
Zrzeczenie się własnych praw
Zaraz po powiedzeniu o miłowaniu wrogów następuje seria znanych, a zarazem głęboko poruszających nauczań. Przedstawię je w osobnych linijkach:
29 Jeśli cię ktoś uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi.
a osobie, która chce pozwać cię do sądu i zabrać ci koszulę, oddaj jej także płaszcz.
Mt 5:41 A ten, który cię zmusił do przejścia jednej mili, idź z nim i drugą.
30 Temu, kto cię prosi, daj;
A od tego, kto pożycza, nie domagaj się zwrotu tego, co twoje. (P 6:29-30 = Mt 5:39-42)
Pierwsze trzy (drugi policzek, płaszcz i koszula, druga mila) są szczególnie niepokojące. Jezus zdaje się nas instruować, abyśmy nie tylko pozwolili się zaatakować, ale wręcz prześcignęli napastnika, zadając sobie dodatkową dawkę nieprzyjemności.
Ludzie zmagali się z tymi słowami od czasu, gdy zostały wypowiedziane po raz pierwszy. Na pierwszy rzut oka wydają się one nakazem, by nie kiwnąć palcem w naszej obronie, bez względu na to, co nas spotyka, abyśmy nawet tracąc wszystko na tym świecie, zasłużyli na nagrodę w przyszłym. W przeciwieństwie do tej tradycyjnej interpretacji niestawiania oporu, wpływowa współczesna interpretacja głosi, że te nauczania w rzeczywistości zachęcają do pokojowego oporu, w którym bezsilni sprytnie upokarzają swoich ciemiężców, jednocześnie demaskując wyrządzaną niesprawiedliwość (Wink, 2007).
Wierzę, że aby zrozumieć te słowa, musimy postrzegać je w świetle poprzedniego nakazu miłowania nieprzyjaciół. Innymi słowy, musimy postrzegać je jako behawioralny wyraz przemienionego stanu umysłu, który właśnie opisał Jezus. Dzieje się tak nie tylko ze względu na ich bliskość z nakazem miłowania nieprzyjaciół, ale również ze względu na ich podobieństwo treści. Nauczania te zdają się przedstawiać naszych agresorów jak naszych najlepszych przyjaciół. Innymi słowy, zdają się pokazywać naszych agresorów jako ludzi, którzy powinni być w naszym najbliższym otoczeniu, tak jakby byli w naszym wewnętrznym kręgu, tak jak w „Miłujcie swoich wrogów”.
Wszystkie trzy powiedzenia wydają się być wariacjami jednego schematu. W każdym przypadku jesteś w pewnym sensie atakowany, wykorzystywany. Atak jest prawdopodobnie ze strony przełożonego. Ponieważ wersje Mateusza mówią o „prawym policzku”, policzek jest często postrzegany przez uczonych jako upokarzający policzek wymierzony przez przełożonego podwładnemu (jedynym sposobem, aby uderzyć kogoś w prawy policzek prawą ręką, jest użycie grzbietu dłoni). Osoba, która pozywa cię do sądu, aby „odebrać ci koszulę”, jest najprawdopodobniej wierzycielem, który pozywa cię, ponieważ nie spłaciłeś długu. Będąc biednym, jedynym zabezpieczeniem, jakie musiałeś dać, była twoja koszula. „Ten, który powołuje cię na jedną milę” to rzymski żołnierz, który ma prawo zmusić ciebie, żydowskiego chłopa, do niesienia jego ciężkiego plecaka.
W każdym przypadku ta osoba siłą próbuje odebrać ci coś fizycznego: twoje dobre samopoczucie (uderzając cię w twarz), ubranie lub czas i energię (poprzez pracę przymusową). Przy okazji pozbawia cię również godności. Wszystkie trzy sytuacje są ewidentnie upokarzające. Twój status, który i tak był niższy niż status napastnika, został jeszcze bardziej obniżony.
Będąc niesprawiedliwą, ta sytuacja daje ci pewne prawa kompensacyjne. Przynajmniej masz prawo karmić się urazą, znosząc swoją mękę – prawo, z którego jesteś wręcz zobowiązany skorzystać. Masz też prawo się bronić, a nawet odwetu – odwrócić sytuację, odzyskać kontrolę i godność. Nie oczekuje się od ciebie skorzystania z tych ostatnich praw, ponieważ konsekwencje byłyby straszne. Ale one wciąż istnieją, choćby tylko na papierze, a w miarę jak te niewykorzystane prawa się akumulują, narastająca presja grozi wybuchem otwartego buntu.
Z jakiegoś powodu jednak całkowicie zrzekasz się tych praw i zamiast tego robisz coś bardzo szokującego. Dobrowolnie dajesz napastnikowi dwa razy więcej, niż próbował wziąć. „Dajesz mu drugi” policzek do spoliczkowania. „Oddajesz mu także płaszcz”. Ponieważ nosiłeś tylko dwa odzienia, wewnętrzne i zewnętrzne, oddając mu oba, pozostałbyś nagi. I „idziesz z nim drugą” milę. Fakt, że dobrowolnie ofiarowałeś drugi policzek, drugą szatę i drugą milę, oznacza, że dobrowolnie ofiarowałeś również pierwszy . Oznacza to, że widziałeś pierwszy nie jako coś, co zostało ci siłą zabrane, gdy płonąłeś nienawiścią, ale jako dar, który dałeś z własnej, nieprzymuszonej woli. Tak więc oba policzki, oba odzienia i obie mile są najwyraźniej postrzegane przez ciebie jako dary za darmo.
Są dwie rzeczy, które wydają nam się szczególnie szokujące w tych wypowiedziach. Po pierwsze, okazujesz nadmierną uwagę na potrzeby wroga, mimo że ten wróg jest w o wiele wygodniejszej sytuacji niż ty i atakuje cię w tej właśnie chwili! Po drugie, okazujesz beztroską nieuwagę na własne potrzeby, i to w momencie, gdy twoje potrzeby są szczególnie dotkliwe i gdy masz szczególne uzasadnienie, by się nimi zająć. To połączenie jest nie tylko skrajnie niekonwencjonalne, ale wręcz samobójcze. Można się zastanawiać, jak długo w ogóle dałoby się przetrwać w takim stanie.
Jak interpretować te dwie postawy? Musimy szukać ich echa w innych naukach Jezusa. Oczywiście nie musimy szukać daleko, aby znaleźć echa przesadnej uwagi poświęcanej potrzebom wroga. Jezus przecież właśnie nakazał nam miłować naszych wrogów. Nietrudno też znaleźć w Jego naukach motyw beztroskiej obojętności na własne potrzeby. W istocie, znajdujemy go wszędzie. Jego bohaterowie nieustannie przeżywają stan beztroskiej radości i świętowania, nawet w obliczu trudnych okoliczności, ponieważ ufają Bożej opiece. Nie muszą sami dbać o swój komfort i przetrwanie. Pozostawiają to Bogu. Dlatego, mimo że są rozpaczliwie biedni, czują się szczęśliwi, wręcz błogosławieni, ponieważ Królestwo Boże należy do nich (Q 6:20). Nie widzą potrzeby troszczenia się o zapewnienie sobie pożywienia i odzieży. Czyż Bóg nie będzie ich karmił i ubierał, tak jak to czyni z ptakami i kwiatami (Q 12:22b-31)?
Temat obojętności wobec własnych potrzeb jest zatem ujmowany zupełnie inaczej, niż moglibyśmy się spodziewać. Kiedy święty człowiek prosi nas, abyśmy zignorowali nasze potrzeby, prawdopodobnie postrzegamy to jako dobrowolną ofiarę w imię sprawiedliwości, bolesny ciężar, który dźwigamy dla Boga. Jednak Jezus przedstawia nas nie jako obciążonych, ale raczej beztroskich. Zamiast przywdziać wór pokutny i posypać głowę popiołem, mamy ochotę urządzić przyjęcie (jak to często czynią Jezusowe postaci [8] ). Zamiast czuć, że poświęciliśmy wszystko, czujemy, że mamy wszystko.
Daje nam to nową soczewkę, przez którą możemy spojrzeć na te trzy nauczania. Wierzę, że Jezus tutaj wywrócił do góry nogami psychologię ataku. Patrzymy na sytuację ataku przez pryzmat dwóch założeń, które są tak podstawowe, że ledwo je uświadamiamy, nie mówiąc już o podważaniu. Pierwsze założenie jest takie, że atakujący jest tym, który ma władzę. Jest w silnej, dominującej pozycji, podczas gdy jego ofiara jest w słabej, bezbronnej pozycji. Atakujący przypuszcza atak; ofierze wyrządza się krzywdę. Drugie założenie jest takie, że ofiara traci, podczas gdy atakujący zyskuje. Coś wartościowego jest zabierane ofierze i trafia do atakującego. To coś może być namacalne, jak koszula, lub niematerialne, jak proste poczucie statusu wynikające z posiadania przewagi.
Krótko mówiąc, zakładamy, że atakujący jest w pozycji siły, a ofiara w pozycji potrzeby . Te uniwersalne założenia zostają jednak wywrócone do góry nogami w dwóch założeniach, które wymieniłem powyżej. Okazywanie nadmiernej uwagi potrzebom atakującego sugeruje, że to atakujący jest w potrzebie. Okazywanie beztroskiej nieuwagi własnym potrzebom – ponieważ Bóg je zaspokoił – sugeruje, że to ty , osoba atakowana, jesteś w pozycji siły.
W wizji Jezusa, gdy jesteś atakowany, możesz ujrzeć siebie w pozycji siły, a napastnika w pozycji potrzeby. Aby spróbować wczuć się w ten niekonwencjonalny sposób myślenia, pomyśl o kimś, kto niedawno cię zaatakował, a następnie cicho i ze współczuciem powiedz tej osobie: „Jestem w pozycji siły. Ty jesteś w pozycji potrzeby”. To tak bezpośrednie odwrócenie psychologii ataku, że trudno nam to pojąć, ale myślę, że do pewnego stopnia nam się to udaje. Coś w nas mgliście rozpoznaje ten inny sposób myślenia. I z pewnością pasuje on do tych trzech wypowiedzi Jezusa.
Przyjrzyjmy się zatem tym trzem nauczaniom z perspektywy tego nowego sposobu myślenia. Jesteś biednym chłopem, a jednak przyjąłeś nauki Jezusa i musisz poczuć głębokie poczucie bliskości i opatrzności Boga. Chociaż żyjesz na krawędzi, niesiesz w sobie niezachwiane poczucie bezpieczeństwa. Wiesz, że Bóg się tobą zaopiekuje i widzisz tego dowody. Regularnie widzisz, jak twoje potrzeby są zaspokajane w niezwykły i nieoczekiwany sposób. I tak, pomimo opłakanych pozorów, żyjesz szczęśliwym, beztroskim życiem, bezpieczny pod Bożą opieką.
Zatem, gdy przełożony daje ci policzek, albo pozywa cię do sądu o koszulę, albo zmusza do dźwigania jego brzemienia przez milę, tak naprawdę nie przychodzi ci do głowy, by czuć się zagrożonym, ani nawet gorszym od niego. Jesteś w rękach Boga, a nie w rękach tego człowieka. To daje ci swobodę postrzegania napastnika jako osoby z jego własnymi prawami. Co więcej, idziesz dalej. Naprawdę go kochasz, tak jak kocha go jego matka, tak jak kochasz swoje dziecko. Kochasz go, innymi słowy, tak jak kocha go Bóg.
I z tej miłości widzisz, że on jest w potrzebie. Wyraźnie czuje się rozpaczliwie nieszczęśliwy, bo po co miałby narażać swoje człowieczeństwo, by wydrzeć ci jakiś nic nieznaczący okruch? Czymże więc mogłaby być ta sytuacja, jeśli nie okazją do dawania? A z Bogiem za sobą możesz sobie pozwolić na dawanie, zwłaszcza gdy potrzeba drugiej osoby jest tak wielka. Więc dajesz. Z tego, co próbował siłą odebrać, czynisz swój dar dla niego. A potem, przepełniony współczuciem, hojnie dajesz mu dwa razy więcej, nie dlatego, że masz kompleks męczennika, ale po prostu dlatego, że kochasz tę osobę, a ona jest w potrzebie, podczas gdy ty jesteś w pozycji siły.
Choć ten rodzaj dawania jest rzadki, nie jest niespotykany. W istocie, jest to znany wzorzec, który kojarzymy ze świętymi i świętymi mężczyznami i kobietami, z tymi, którym udało się, przynajmniej w znacznym stopniu, zburzyć te koncentryczne kręgi i pokochać swoich wrogów. Dwie znane historie ilustrują sposób myślenia, o którym mówię. W obu „ofiara” postrzega siebie w pozycji siły, a napastnika w pozycji potrzeby, i dlatego odpowiada bezbronną hojnością. Pierwsza z nich to stara historia zen, szeroko dostępna w różnych formach:
Wiele lat temu żył pewien Mistrz Zen, którego życie było bardzo proste. Mieszkał samotnie w małej chatce u podnóża góry. Pewnego wieczoru, gdy go nie było, złodziej wkradł się do chaty i stwierdził, że nie ma tam nic do ukradzenia.
Po chwili Mistrz Zen wrócił i odnalazł złodzieja. „Przebyłeś długą drogę, żeby mnie odwiedzić” – powiedział włamywaczowi – „i nie powinieneś wracać z pustymi rękami. Proszę, przyjmij moje ubranie jako prezent”. Mistrz Zen zrzucił z siebie skromne szaty. Złodziej był zdezorientowany, ale zabrał ubranie i uciekł.
Gdy złodziej uciekł w dal, Mistrz Zen siedział nagi, obserwując księżyc. „Biedactwo” – pomyślał – „chciałbym mu podarować ten piękny księżyc”.
Druga historia pochodzi z Nędzników Victora Hugo . Jean Valjean właśnie wyszedł z więzienia po dziewiętnastu latach za kradzież bochenka chleba. Ponieważ jest skazańcem, nikt go nie przyjmie – nikt, to znaczy, z wyjątkiem biskupa Digne, głęboko duchowego człowieka, który nie ma zamka w drzwiach. Całkowicie oddany ubogim, jedynymi przedmiotami wartościowymi, na jakie sobie pozwala, są sześć kompletów srebrnych sztućców i dwa srebrne świeczniki. Biskup serdecznie przyjmuje Jeana Valjeana, częstuje go obfitą kolacją i daje mu pierwsze od dziewiętnastu lat łóżko. Traktuje go jak honorowego gościa, w pewnym momencie mówiąc, że zna imię Valjeana, zanim mu je powiedziano. Valjean pyta zaskoczony, czy naprawdę zna jego imię. „Tak” – odpowiedział biskup – „nazywasz się mój brat” (s. 76). Czas spędzony w więzieniu sprawił jednak, że Valjean stał się zatwardziały i zgorzkniały, a w środku nocy kradnie srebrne sztućce biskupa i ucieka. Następnego dnia trzech żandarmów przyprowadza go z powrotem do domu biskupa, znajdując przy nim srebro i podejrzewając go o jego kradzież. Jean Valjean jest o krok od powrotu do więzienia. Biskup jednak twierdzi, że sztućce były w rzeczywistości prezentem, ale nie tylko.
„Ach, jesteś!” powiedział, patrząc na Jana Valjeana. „Cieszę się, że cię widzę. Ale dałem ci też świeczniki, które są srebrne jak reszta i przyniosą dwieście franków. Dlaczego nie wziąłeś ich razem ze sztućcami?”
Jean Valjean otworzył oczy i spojrzał na biskupa z wyrazem twarzy, którego żaden ludzki język nie mógłby opisać. (s. 105)
Jeśli znasz tę historię, wiesz, że to przełomowe wydarzenie w życiu Jeana Valjeana. Przemienia go z zatwardziałego skazańca w postać bohaterską i prawdziwie chrystusową.
Interesujące jest dla nas tutaj oczywiście to, jak ściśle wpisuje się to w schemat przedstawiony w trzech wypowiedziach Jezusa. Mamy tu napastnika, który zabiera coś komuś, kto nie tylko się nie broni, ale traktuje kradzież jako dar, dar, który następnie podwaja. Nie wiem, czy Hugo świadomie wzorował tę scenę na wypowiedziach z Kazania na Wzgórzu, ale związek między nimi jest dość uderzający. Nie tylko odtworzył podstawowy schemat leżący u podstaw wszystkich trzech wypowiedzi, ale uważam, że uchwycił również ich prawdziwe znaczenie. Te zachowania należy rozumieć jako wyraz niemal boskiej miłości, miłości, która postrzega pozornego wroga jako drogiego brata i która w ten sposób odpowiada na jego atak nie samoobroną, ale przesadną hojnością. Hugo uchwycił również transformacyjny wpływ tego wydarzenia na napastnika, ponieważ ostatecznie napastnikowi zależy nie tyle na srebrze czy koszuli, co na tym właśnie transcendentnym rodzaju miłości.
Ostatnie słowa w rozdziale „Wyrzeczenie się własnych praw” kontynuują temat bezinteresownej hojności: „Temu, kto cię prosi, dawaj; a od tego, kto pożycza, nie żądaj zwrotu, który ci się należy” (Q 6:30). Choć te dwa słowa nie dotyczą wrogów, zawierają tego samego istotnego ducha, co słowa, które rozważaliśmy. Przedstawiają one niepokojąco hojną hojność, która nie bierze pod uwagę logicznych konsekwencji dla siebie. Konsekwencje te nie są trudne do odgadnięcia. Omawiając wersję tego słowa w Ewangelii Tomasza (Tm 95), Seminarium Jezusa zauważa: „Napomnienie, by pożyczać bez oczekiwania zwrotu, gdyby było globalnym nakazem, doprowadziłby do natychmiastowej katastrofy finansowej” (Funk i in., 1993, s. 523). Tutaj więc ponownie mamy nadmierną uwagę na potrzeby drugiego i beztroską nieuwagę na potrzeby własne – prawdopodobnie w założeniu, że Bóg zatroszczył się o nasze potrzeby. Te ostatnie wypowiedzi są zatem kolejnym dowodem na to, że w tej rozprawie mamy do czynienia nie tyle z niesprzeciwianiem się lub z biernym oporem, [9] lecz z hojnością, hojnością tak nieuważną i niepohamowaną, że jest albo po ludzku niemożliwa, niebezpiecznie samobójcza, albo wyrazem przemienionego stanu umysłu.
Złota zasada
Następnie w dyskursie pojawia się słynna „złota zasada”: „I jak chcesz, żeby ludzie traktowali ciebie, tak i ty ich traktuj” (Q 6:31). Istnieją uzasadnione powody, by sądzić, że Jezus nie wypowiedział dokładnie tego nauczania. Tak przynajmniej oceniło Seminarium Jezusowe, które zauważyło, że to powiedzenie nie tylko jest powszechnie znane, ale że „nie wyraża niczego, co kłóci się z powszechną wiedzą, nie zaskakuje i nie szokuje, nie popada w przesadę czy paradoks” (Funk i in., s. 156). Brakuje mu zatem istotnego śladu głosu Jezusa. I to prawda, w tej złotej zasadzie jest coś dość prozaicznego. Często mówię do mojej trzyletniej córki: „A teraz nie chcesz, żeby twój brat zabrał ci zabawki, prawda?”. Przesłanie jest jasne: „A jeśli nie chcesz, żeby on ci to robił, nie powinnaś mu tego robić”. Mówię jej to nie dlatego, że przełomowe spostrzeżenie Jezusa otworzyło przede mną nowy świat myśli. Mówię o tym, ponieważ złota zasada jest zdroworozsądkową, niemal odruchową reakcją na oczywistą hipokryzję naszych podwójnych standardów.
Mimo to nadal uważam, że złota zasada wskazuje na Jezusa, nawet jeśli nie do końca. Na pierwszy rzut oka jest to szlachetny, choć prozaiczny przewodnik po wyborze właściwych zachowań („Jeśli nie chcę, żeby zabierał mi zabawki, to nie powinnam zabierać jego”). Jednak pod jej powierzchnią kryje się głębszy element, który dobrze wpisuje się w tę dyskusję.
Złota zasada oznacza wyjście poza naszą zwykłą postawę mentalną. Zazwyczaj postrzegamy nasze zachowanie z perspektywy dającego, z perspektywy tego, jak wpłynie to na nas, jako na wykonawcę. Jednak złota zasada wymaga, abyśmy wyobrazili sobie siebie jako odbiorcę . Musimy postawić się na miejscu drugiej osoby i zadać sobie pytanie: „Gdybym był tą drugą osobą, jak czułbym się, będąc odbiorcą tego działania?”. Musimy skupić się na tym, jak nasze działanie wpłynie nie na nas, ale na drugą osobę.
Ta prosta zmiana perspektywy zawiera w sobie zalążki wewnętrznej rewolucji, która wyrywa nas z egocentryzmu. Teraz, zamiast postrzegać siebie jako jedyny podmiot poruszający się w świecie przedmiotów, postrzegamy tę drugą osobę jako istotny podmiot. Zamiast postrzegać sytuację z naszego punktu widzenia, patrzymy teraz jej oczami. Nie jest już tylko satelitą krążącym wokół naszego słońca. Teraz staje się swoim własnym słońcem, osobą samą w sobie. Jej wartość nie zależy już od jej zdolności do przynoszenia nam pożytku. Teraz nosi w sobie swoją własną, wewnętrzną wartość, niezależnie od tego, jak na nas wpływa. Pytanie nie brzmi już: „Jak dobrze zaspokaja moje potrzeby?”, ale raczej: „Jakie są jej potrzeby?”.
To nastawienie na innych stawia nas w tym samym miejscu, co inne omawiane przez nas nauczania. Gdyby rozwinąć tę ideę w najdalszym zakresie, oznaczałoby to, że reagowalibyśmy na kogoś, opierając się wyłącznie na jego potrzebach, nawet jeśli ta osoba pozywała nas, aby zdjąć nam ostatnią koszulę z pleców.
Bezstronna miłość
Wracamy teraz do głównego tematu tej dyskusji: reagowania miłością na potrzeby wewnętrznego kręgu tych, którzy „powinni” znajdować się w naszym zewnętrznym kręgu:
32. Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, jakąż macie nagrodę? Czyż i celnicy tego nie czynią? 34. A jeśli pożyczacie tym, od których spodziewacie się otrzymać, jaką macie nagrodę? Czyż i poganie tego nie czynią? (P 6:32, 34)
Jezus nie tylko ponownie nawiązuje do naszych koncentrycznych kręgów, ale także subtelnie ujawnia zasadę, która je generuje – zasadę wzajemności opartej na własnym interesie. Zauważ, że nie mówi: „Jeśli kochasz bliskich” ani „jeśli pożyczasz swoim przyjaciołom”. Mówi: „Jeśli kochasz tych, którzy cię kochają” i „Jeśli pożyczasz tym, od których spodziewasz się otrzymać”. Jasno z tego wynika, że kochamy ich, ponieważ oni kochają nas; dajemy im pieniądze, ponieważ nam je oddadzą (z odsetkami!). Jesteśmy skłonni dawać im – naszą miłość, nasze pieniądze – tylko dlatego, że oni dają nam. Drapiemy ich po plecach tylko dlatego, że oni drapią nas po plecach. Właśnie dlatego mamy te koncentryczne kręgi – niektórzy drapią nas po plecach lepiej niż inni. Ci, którzy robią to naprawdę dobrze, trafiają do wewnętrznego kręgu. Ci, którzy zamiast drapać nas po plecach, dźgają je, zostają wykopani w zewnętrzną ciemność. To oczywiste, gdyby się nad tym zastanowić, ale i otrzeźwiające, bo jeśli wszystko jest quid pro quo, czy w ogóle istnieje miłość i dawanie? Skoro cała nasza „miłość” to tylko transakcja biznesowa, czy w ogóle wiemy, czym jest miłość?
Nawet jeśli nie zauważamy świadomie tego punktu w tych najnowszych wypowiedziach, z pewnością wywołuje on u nas emocje. Jest to w istocie część ich ogólnego celu, jakim jest motywowanie nas. Jezus dał nam już ogromną motywację do miłowania naszych nieprzyjaciół. Powiedział nam, że czyniąc tak, stajemy się synami naszego Ojca (6:35c). Trudno wyobrazić sobie wspanialszą obietnicę. Oferuje nam ona nie tylko wzniosłe poczucie wartości i godności, które wynika z bycia synem Bożym; oznacza to również, że jako synowie jesteśmy dziedzicami wszystkiego, co ma nasz Ojciec. Jeśli chcesz poczuć motywującą moc tej obietnicy, weź następujący wers (połączenie Marka 1:11 i Łukasza 15:31 [10] ) i wyobraź sobie, że Bóg mówi to do ciebie bardzo osobiście: „Ty jesteś moim synem i wszystko, co mam, jest twoje” (możesz swobodnie zmienić „syn” na „córka”). Nie wiem jak ty, ale mnie ten wers za każdym razem zaskakuje.
Aby jednak skutecznie zmotywować ludzi do zmiany, trzeba im zaoferować nie tylko motywację pozytywną – wizję tego, co osiągną. Trzeba również posłużyć się motywacją negatywną – w tym przypadku wyjaśnieniem ceny pozostania w miejscu. Trzeba przeciwstawić się ich oporowi wobec zmiany i sprzeciwom, jakie ona wywołuje. Właśnie to czyni Jezus. Te wersy wyraźnie wyglądają jak odpowiedź na opór opowiadający się za stagnacją.
Kiedy spotykamy Jezusa wzywającego nas do kochania wszystkich, nawet naszych wrogów, oczywiście napotkamy opór. Czujemy, że taka zmiana byłaby osobistą rewolucją, taką, która zburzyłaby całą strukturę naszego życia. Zastanawiamy się, czy jesteśmy w stanie dokonać tak monumentalnej zmiany. Co więcej, te wersy wydobywają na powierzchnię głęboko skrywane poczucie winy, poczucie winy, które wszyscy skrywamy z powodu niewystarczającej miłości. Te rozważania skłaniają nas do szybkiej obrony: „Cóż, kocham. Kocham moją rodzinę. Kocham grono licznych przyjaciół. Czy to nie wystarczy? Czy naprawdę ma znaczenie, że zrobię wyjątek dla kilku wrogów?”. Innymi słowy, argumentujemy, że nasza obecna miłość jest wystarczająca, dzięki czemu poczucie winy ustępuje, a wezwanie do radykalnej zmiany traci na znaczeniu.
Odpowiedź Jezusa przebija naszą argumentację. „Wszyscy robią to, o czym mówisz” – mówi. „Nawet najgorsi ludzie mają bliskie grono, które kochają”. Ten argument jest tak oczywisty, że ucisza naszą argumentację. Stajemy twarzą w twarz z niedoskonałością naszej obecnej miłości i stanowczym wezwaniem Jezusa do zmiany. W rezultacie te słowa mogą nas prześladować. W moim przypadku pojawiały się w mojej głowie od czasów nastoletnich, gdy wielokrotnie dostrzegałem, jak bardzo są prawdziwe. Zauważyłem na przykład, że nawet członkowie mafii kochają i bronią swojej rodziny, swojego bliskiego grona. Czym więc się od nich różniłem?
Oczywiście, właśnie do takiej refleksji Jezus próbuje nas sprowokować. Odnosząc się do pogan i celników, mówi w istocie: „Czy naprawdę chcecie być jak bezbożni, jak ci, którzy was uciskają i wyzyskują? Czy naprawdę chcecie być jak ludzie, którzy kochają tylko tych, od których coś dostają? Czy chcecie być jak ci, którzy nie wiedzą, czym jest miłość?”.
A jeśli jesteś jak oni, kontynuuje, „jaką nagrodę masz?”. Mówienie o nagrodzie jest oczywiście oczywistą wskazówką, że jest to mowa motywacyjna. Ale czym jest ta nagroda? W kontekście tej dyskusji nie sądzę, aby mogła być częścią opartego na zasługach systemu nagród i kar od Boga, bo trudno byłoby to nazwać Bogiem, który „pozwala słońcu wzejść nad dobrymi i złymi i zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych”. Raczej myślę, że nagrodą muszą być po prostu błogosławieństwa płynące z kochania jak Bóg i bycia w ten sposób synem Bożym. Te błogosławieństwa nie byłyby szczególną nagrodą za oczekiwane zachowanie. Byłyby raczej prostym rezultatem bycia jak Bóg, w zgodzie z Nim, a tym samym ustawiania się, że tak powiem, pod wodospadem.
Innymi słowy, jeśli twoja miłość nie jest lepsza od miłości pogan i celników, jeśli twoja „miłość” dotyczy tylko twojego wewnętrznego kręgu ludzi, którzy się z tobą drapią, to nie jesteś taki jak Bóg, a będąc tak niezgodnym z Nim, jak możesz mieć nadzieję na otrzymanie błogosławieństwa synostwa?
Być pełnym litości jak twój Ojciec
Dochodzimy teraz do ostatniego słowa: „Bądźcie pełni litości, jak Ojciec wasz […] pełen jest litości” (Q 6:36). Jak powiedziałem wcześniej, wydaje się to funkcjonować jako zakończenie tej wypowiedzi w Q, tak jak ma to miejsce w Ewangelii Mateusza. Jest to wyraźnie widoczne w tłumaczeniu Ewangelii Mateusza 5:48 w wersji Scholar’s Version: „ Podsumowując, macie być nieskąpi w swojej hojności, tak jak nieskąpa jest hojność waszego Ojca niebieskiego” (Funk i in., s. 145, kursywa moja). Podoba mi się to tłumaczenie, ponieważ podkreśla, że cała wypowiedź jest podsumowana w nakazie bycia hojnym, ponieważ taki jest Bóg.
IQP zdecydowało jednak, że w tym przypadku Łukasz wierniej odtworzył Q. U Łukasza kluczowym słowem jest „oiktirmōn”, zwykle tłumaczone jako „miłosierny”, ale także jako „pełny litości” i „współczujący”. Słowo to wydaje się zatem mieć dwa znaczenia. Po pierwsze, okazywanie dobroczynnej życzliwości tym, którzy wyrządzili krzywdę (miłosierny). Po drugie, posiadanie głębokiej świadomości, współczucia i pragnienia ulżenia cierpieniu innej osoby (pełny litości, współczujący). Pierwsze jest przebaczającą reakcją na krzywdziciela. Drugie jest troskliwą reakcją na kogoś, kto cierpi. Oba wydają się tu istotne, ponieważ cały dyskurs tak naprawdę dotyczył reagowania na krzywdziciela nie jako grzesznika zasługującego na karę (miłosierdzie), ale jako cierpiącej osoby potrzebującej darów (współczucie). Dyskusja dotyczyła zatem połączenia miłosierdzia i współczucia, tego samego połączenia, które znajdujemy w słowie oiktirmōn .
W związku z tym, to ostatnie zdanie rzeczywiście stanowi trafne podsumowanie tego dyskursu. Cały dyskurs wzywa nas właśnie do tego rodzaju głębokiej troski o cierpienie pozornego wroga. W ten sposób wyrywa nas z niemal powszechnego złudzenia, w którym przyjmujemy za pewnik, że jesteśmy centrum wszechświata, a inni są w istocie przedmiotami, które istnieją po to, by służyć naszym interesom. „Przedmioty”, które dobrze służą naszym interesom, nazywamy przyjaciółmi i bliskimi i włączamy do naszego wewnętrznego kręgu. Tych, którzy atakują nasze interesy, nazywamy wrogami i odpędzamy z karcącym gniewem. To niepodważalna rama, na której zbudowane jest nasze życie osobiste, ale czy w tej egocentrycznej strukturze jest jakaś prawdziwa miłość?
Napomnienie Jezusa, by miłować naszych wrogów, wzywa nas do wyjścia z tych ram. Wymaga, abyśmy postrzegali innych jako osoby z ich własnymi prawami, posiadające własną, wewnętrzną wartość, niezależnie od tego, jak nas traktują. Nawet gdy atakują nasze interesy, możemy pytać nie: „Jak się bronić?”, ale: „Czego oni potrzebują?”. Możemy reagować na nich nie z postawy agresywnego egocentryzmu, lecz z miłosiernego współczucia, w którym nasza głęboka troska o nich wyraża się w spontanicznej modlitwie o ukojenie ich cierpienia. Możemy postrzegać ich nie jako niebezpiecznych grzeszników, których należy wygnać z naszego życia, ale po prostu jako cierpiące jednostki w potrzebie. Możemy wtedy bez ograniczeń starać się zaspokoić tę potrzebę, dając im to, co próbowali wziąć, a następnie idąc o krok dalej i hojnie dając im dwa razy więcej. Innymi słowy, możemy traktować pozornego wroga z miłością, głęboką troską i hojnością serca, które normalnie rezerwowalibyśmy dla naszych najdroższych przyjaciół. W ten sposób zniszczyliśmy nasze kręgi społeczne, żywiąc tę samą bezwarunkową miłość do wszystkich. Przestaliśmy reagować na różnych ludzi w odmienny sposób. Zastąpiliśmy troskę o siebie jako naszą naczelną zasadę troską o innych. Wyszliśmy poza uniwersalny schemat ludzkiego życia.
Zapuściliśmy się na tę ziemię niczyją, ponieważ wierzymy, że tam mieszka Bóg. Ten Bóg jest zasadniczo inny niż Bóg, w którego wiarę wpoiła nam tradycja. Ten Bóg nie traktuje ludzi według tego, jak dorównują Jego wymaganiom; nie zachowuje się jak człowiek egocentryczny. Nie przyciąga więc świętych do swego łona, wrzucając zatwardziałych grzeszników do jeziora ognia wiecznego. Co zadziwiające, traktuje wszystkich tak samo. Jego miłość jest jak słońce, świecące bez różnicy zarówno na dobrych, jak i na złych. Kiedy ktoś zwraca się przeciwko Niemu, Jego miłość nie kieruje się ku zemście, lecz ku oiktirmōn – czułemu miłosierdziu i współczuciu. Wyciąga On rękę do tej osoby w taki sam sposób, do jakiego wzywa nas Jezus – z przesadną hojnością, która nie myśli o niczym innym, jak tylko o tym, że dana osoba jest w potrzebie i że ta potrzeba musi zostać zaspokojona. Nie ma dla nas zbytniego wysiłku. Traktowanie grzesznika w ten sposób pokazuje, że Bóg również nie ma kręgów malejącej bliskości. Każdy, nawet najgorszy z nas, ma zaszczytne miejsce w najgłębszym kręgu jego miłości.
Kochając w niezwykły sposób, w jaki kocha Bóg, stajemy się do Niego podobni. Zajmujemy miejsce w Jego wewnętrznym kręgu i wszystko, co się z tym wiąże. Teraz możemy witać życie z beztroską radością, niezależnie od tego, jak wygląda na zewnątrz. Możemy śmiać się w twarz niebezpieczeństwu i dawać, gdy inni uznaliby to za lekkomyślność. Bo teraz jesteśmy synami Boga i wszystko, co On ma, należy do nas.
Jak interpretować tę wizję?
Uważam, że przedstawiona przeze mnie interpretacja w przybliżeniu odzwierciedla rozumienie redaktora Q1. Słowa, które redaktor połączył, jasno wyrażają ogólną myśl przewodnią: reagowania na potrzeby innych hojnie, a nie na odwrót, kierując się własnym interesem. Trzy z bloków („Kochaj swoich wrogów”, „Zrzekaj się własnych praw” i „Miłuj bezinteresownie”) zawierają konkretny temat reagowania na osoby z zewnętrznego kręgu miłością z kręgu wewnętrznego. A dwa z nich („Kochaj swoich wrogów” i „Bądź pełen litości jak twój ojciec”) nakłaniają nas do okazywania tego rodzaju miłości, ponieważ taki jest Bóg. Widać tu wyraźną, spójną wizję.
Jednak nie widzę, jak ta wizja nie mogłaby ostatecznie wywodzić się od Jezusa. Nie tylko jest to sedno Kazania Inauguracyjnego w naszym „najważniejszym źródle do rekonstrukcji nauczania Jezusa” (Theissen & Merz, 1998, s. 29), nie tylko zawiera więcej powiedzeń uznanych za „czerwone” („Jezus niewątpliwie powiedział to lub coś bardzo podobnego”) przez Seminarium Jezusa niż jakikolwiek inny dyskurs w ewangeliach, ale jest po prostu zbyt charakterystyczne, zbyt zapierająco oryginalne. Jednym wielkim krokiem wykracza poza szereg założeń konsensusu na temat charakteru Boga, na temat psychologii ataku, na temat troski o siebie kontra troska o innych jako zasady przewodniej, na temat architektury ludzkiego życia. Opisując wyjątkowość jego centralnej zasady, Roy Hoover, współautor Pięciu Ewangelii, mówi:
Napomnienie, by kochać swoich wrogów, jest doprawdy niezwykłe. Przewyższa ono wszelkie oświecone i roztropne rady, jakie można znaleźć w literaturze starożytnego Bliskiego Wschodu i grecko-rzymskiej, nawołujące do humanitarnego traktowania wrogów. (2002, s. 54)
Kim jest ten religijny geniusz, który obala tak wiele uniwersalnych założeń naraz? Z pewnością musi to być postać, którą tradycja wspominała w tak wzniosłych słowach, jako człowieka, który ponad wszystkich innych był jak Bóg.
Rzeczywiście, ta wizja tak bardzo kłóci się z normalnym ludzkim charakterem, że wkrótce została pogrzebana. W drugiej warstwie Q, apokaliptycznym Q2, powracają wszystkie stare wątki. Mamy Jezusa-zapłonka grożącego boskim gniewem galilejskim miastom, które odrzuciły jego orędzie: „Dla Tyru i Sydonu lżej będzie na sądzie niż dla was. A ty, Kafarnaum, aż do nieba będziesz wywyższone? Do piekła zstąpisz!” (Q 10:14-15). Rzeczywiście, wzywa sąd Boży nie tylko na niepokutujących mieszkańców, ale na całe pokolenie: „aby rozliczenie krwi wszystkich proroków, przelanej od założenia świata, zostało dokonane na tym pokoleniu” (Q 11:50). Robinson zauważa:
Należy poważnie potraktować napięcie merytoryczne – teologiczne i etyczne – między dwiema głównymi warstwami w Q, warstwami archaicznych skupisk [Q1] i warstwami ostatecznej redakcji [Q2]. Wizja Jezusa o troskliwym Ojcu, nieskończenie przebaczającym, a przez to szokująco bezstronnym w postępowaniu zarówno ze złem, jak i z dobrem, mogła zniknąć z pola widzenia pokolenia później. (2007, s. 16–17)
W innym miejscu Robinson wyraża to dobitniej: „Niesamowita wizja Boga, jaką miał Jezus, najwyraźniej została całkowicie utracona z pola widzenia w wyniku zredagowania Q, a zatem i Ewangelii Mateusza!” (2007, s. 137).
Jak zatem mamy rozumieć tę „niesamowitą wizję”, tak ekstremalną, że nawet wyznawcy Jezusa żyjący za jego czasów nie mogli się jej uchwycić? Cokolwiek byśmy nie powiedzieli, jakkolwiek byśmy się z nią nie zgadzali, jakkolwiek byśmy się jej sprzeciwiali, musimy przyznać, że jest ona niezwykle piękna. Wzywa nas do absolutnych wyżyn w nas samych. Trudno sobie wyobrazić bardziej radykalne odwrócenie ludzkiego egoizmu. I wierzy w to, co w nas najwyższe. Zakłada, że rzeczywiście posiadamy zdolność kochania naszych wrogów.
To prawda, wydaje się to absurdalnie nieosiągalne, zarówno dla nas, jak i dla jego pierwotnych odbiorców. Trzeba przyznać, że jest coś nieco niespójnego w nawoływaniu chłopów z I wieku do osiągnięcia bezinteresowności mistrza zen czy chrześcijańskiego świętego. Najwyraźniej dostrzegł w nich coś, czego nie dostrzegamy u nikogo, a już najmniej u siebie. A co, jeśli jesteśmy ślepi na to, co on miał wizje, by dostrzec?
Co zatem zrobić z tymi nakazami? Uważam, że musimy zrozumieć, że ich głównym powołaniem jest stan umysłu, z którego, raz osiągnięty, w sposób naturalny wypłyną skrajne zachowania. Kochanie wrogów, czy kogokolwiek innego, nie jest zachowaniem; jest uczuciem. Prawdziwej miłości nie da się udawać. Właściwą reakcją nie jest zatem po prostu naśladowanie tych zachowań – dawanie dwa razy więcej, gdy ktoś próbuje nam coś odebrać. Bez tego stanu wewnętrznego te zachowania mogłyby być naprawdę lekkomyślne, a nawet niebezpieczne. Z pewnością byłyby puste. Właściwą reakcją, jak sądzę, jest podjęcie żmudnego zadania podążania ku temu stanowi wewnętrznemu, dążenia do gruntownej przemiany charakteru, do której wzywał nas Jezus. Dopiero gdy zaczniemy zbliżać się do tego nowego stanu, te radykalne zachowania staną się naturalne, autentyczne i prawdziwie właściwe. Dopiero wtedy staną się czymś więcej niż nacięciami na naszym krucyfiksie, ale czymś, co ma moc rzeczywistej przemiany wroga, tak jak przemienił się Jan Valjean.
Antidotum na bolączki świata
Jednak nawet jako cel, wzniosły szczyt, do którego powoli się wspinamy, ta wizja, jak sądzę, stanowi autentyczne antidotum na bolączki świata. J. Harold Ellens pisał elokwentnie o swoim „przekonaniu, że główny problem psychospołeczny i polityczny kultury nowoczesnej i postmodernistycznej wynika z apokaliptycznego światopoglądu narzuconego nam przez tę starożytną, niejednoznaczną religię” (2007a, s. 2). Opisuje skutki tego apokaliptycznego światopoglądu:
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że religijne metafory, które otrzymaliśmy w dominującym raporcie o naturze i zachowaniu Boga, wytwarzają w ludziach nieświadome archetypy psychologiczne, które nieświadomie znajdują odzwierciedlenie w zachowaniu usprawiedliwionym tymi metaforami. Skoro Bóg rozwiązuje wszystkie swoje ostateczne problemy, uciekając się do ostatecznej przemocy, jak to możliwe, że możemy oczekiwać od ludzi, że postąpią znacząco inaczej? Chorzy bogowie tworzą chorych ludzi. Jeśli Bóg przekonuje nas do swojej psychotycznej koncepcji, że jest uwikłany w kosmiczny konflikt, którego polem bitwy jest ludzka historia i ludzkie serce, to oczywiście nieuchronnie będziemy chcieli, nieświadomie lub świadomie, mu pomóc; być po jego stronie w wojnie; podjąć Bożą sprawę przeciwko niewiernym, walczyć ze złymi ludźmi, eksterminować naszych wrogów, tak jak Bóg najwyraźniej próbuje to zrobić ze swoimi. (2007b, s. 3)
Logika jest nieunikniona: skoro Bóg eksterminuje wrogów, to czyż my nie powinniśmy czynić tego samego? Jak mówi Ellens: „Bogowie-potwory tworzą ludzi-potwory” (2007b, s. 2). To, co jest tak uderzające w wizji Jezusa w Q, to oczywiście to, że jego obraz Boga, a co za tym idzie, właściwego zachowania człowieka, jest dokładnym i diametralnym tego przeciwieństwem. Jest on tak wzniosły, jak potworny jest apokaliptyczny światopogląd.
Wyobraźmy sobie zatem, że wizja Jezusa się utrwaliła, że zamiast zostać pochłonięta przez „Opowieść Główną kultury zachodniej” (Ellens, 2007a, s. 4) skupioną na boskiej przemocy, stała się sercem nowej Opowieści Głównej skupionej na boskiej bezstronnej miłości. Jakich ludzi zrodziłaby ta nowa Opowieść Główna? Jaki świat mogłaby zrodzić? Tak wiele cierpienia na świecie to to, które niepotrzebnie sobie nawzajem zadajemy. Kierowani wąskim poczuciem własnego interesu, wyrzucamy większość ludzi poza wewnętrzny krąg naszych serc. Linie, które wyznaczają zewnętrzne kręgi, stają się pęknięciami w naszym życiu osobistym i liniami frontu w naszych sprawach międzynarodowych. Prywatne ziarno złości, które po cichu rysuje kręgi, może łatwo wybuchnąć pełnowymiarową przemocą, nawet na skalę globalną. Bolesne skutki tych kręgów są zatem wszędzie wokół nas. Te skutki definiują nasz świat. Dlatego wzywając nas do miłowania naszych wrogów, Jezus wzywał nas do innego rodzaju świata. Wyobraź sobie świat, w którym rzesze naśladowców Jezusa żarliwie wierzą, że zamiast niszczyć wroga w imię Boga, powinniśmy szczerze kochać wroga, w imię Boga. Jak inaczej mógłby wyglądać świat, gdyby ta wizja została zachowana? Jak inaczej mógłby wyglądać świat, gdyby ta wizja została odzyskana?
* * * * * *
(Fragment książki The Healing Power of Spirituality: How Faith Helps Humans Thrive , pod redakcją J. Harolda Ellensa. Copyright © 2010 by J. Harold Ellens. Reprodukowano za zgodą ABC-CLIO, LLC.)
Bibliografia
Anonim. (1992). Kurs cudów (wyd. 2.) Mill Valley, Kalifornia: Fundacja na rzecz wewnętrznego spokoju.
Borg, MJ (1987). Jezus – nowa wizja: Duch, kultura i życie ucznia . Nowy Jork: HarperSanFrancisco.
Borg, MJ (2006). Jezus: Odkrywanie życia, nauk i znaczenia religijnego rewolucjonisty . Nowy Jork: HarperSanFrancisco.
Crossan, JD (1991). Historyczny Jezus: Życie żydowskiego chłopa z regionu Morza Śródziemnego. Nowy Jork: HarperSanFrancisco.
Ellens, JH (2007a). Niszczycielska siła religii. W: JH Ellens (red.), Niszczycielska siła religii: Przemoc w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie (wyd. skrócone) (s. 1-7). Westport, CT: Praeger.
Ellens, JH (2007b). Radical Grace: Jak wiara w dobrotliwego Boga korzystnie wpływa na nasze zdrowie. Westport, CT: Praeger.
Funk, RW, Hoover, RW i Seminarium o Jezusie (1993). Pięć Ewangelii: Co naprawdę powiedział Jezus? Nowy Jork: Macmillan.
Hoover, RW (2002). Jezus historii: wizja dobrego życia. W: RW Hoover (red.), Profiles of Jesus (s. 41–64). Santa Rosa, Kalifornia: Polebridge Press.
Hugo, V. (1987). Les Miserables (tłum. L. Fahnestock i N. MacAfee). Nowy Jork: New American Library. (Dzieło oryginalne opublikowane w 1862 r.)
Kloppenborg, JS (1987). Formacja Q: Trajektorie w zbiorach starożytnej mądrości . Harrisburg, PA: Trinity International Press.
Kloppenborg Verbin, JS (2000). Wykopaliska: Historia i kontekst Ewangelii Przysłów . Minneapolis: Fortress Press.
Kloppenborg, JS (2008). Q, Najwcześniejsza Ewangelia: Wprowadzenie do oryginalnych opowieści i powiedzeń Jezusa . Louisville, KY: Westminster John Knox Press Press.
Robinson, JM, Hoffman, P. i Kloppenborg, JS (2000). Wydanie krytyczne Q. Minneapolis: Fortress Press.
Robinson, JM (2005). Ewangelia Jezusa: W poszukiwaniu pierwotnej Dobrej Nowiny . Nowy Jork: HarperSanFrancisco.
Robinson, JM (2007). Jezus: według najwcześniejszego świadka . Minneapolis: Fortress Press.
Theissen, G. i Merz, A. (1998). Historyczny Jezus: kompleksowy przewodnik . Minneapolis: Fortress Press.
Wink, W. (2007). Poza wojną sprawiedliwą i pacyfizmem: droga Jezusa bez przemocy. W: JH Ellens (red.), Niszczycielska moc religii: Przemoc w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie (wydanie skrócone) (s. 180–199). Westport, CT: Praeger.
_________________________
[1] Trzecia warstwa Q Kloppenborga składa się głównie z historii kuszenia na pustyni (Q 4,1-13). Q3 zawiera zatem więcej elementów biograficznych. Przedstawia też Jerozolimę i Torę w bardziej pozytywnym świetle.
[2] Przypowieść o zabłąkanej owcy (Ko 15:4-6 = Mt 18:12-13 = Łk 15:4-6, Tm 107:1-3).
[3] P 13:30 = Mt 19:30, 20:16 = Łk 13:30, Mk 10:31, Tm 4:2, 3.
[4] P 6:20 = Mt 5:3 = Łk 6:20, Tm 54.
[5] John Dominic Crossan argumentował, że sednem stwierdzenia, iż królestwo należy do tych, którzy są jak dzieci (Mk 10,14), nie jest to, że królestwo należy do niewinnych, lecz że nie należy do nikogo. Mówi: „Być dzieckiem znaczyło być nikim” (1991, s. 269).
[6] Będę używać zaimków rodzaju męskiego w odniesieniu do Boga, ponieważ mówię o wizji Boga, jaką Jezus ma w Q, oraz o tradycyjnych koncepcjach Boga, z których obie odnoszą się do Boga jako „on”.
[7] W innych powiedzeniach mamy niemal wizualny obraz przewrócenia systemu koncentrycznych kręgów. Na przykład w przypowieści o zabłąkanej owcy (Q 15,4-6 = Mt 18,12-13) mamy pasterza okazującego szczególną troskę i wychodzącego na poszukiwanie owcy, która fizycznie opuściła krąg stada. A w przypowieści o zaproszonych gościach na wieczerzę (Q 14,16-18, ?19-20?, 21, 23 = Łk 14,16-23 = Mt 22,2-13) mamy gospodarza, który wysyła swojego sługę „na drogi”, aby zapraszał ludzi, którzy nie tylko są spoza jego najbliższego kręgu towarzyskiego, ale którzy są zaproszeni całkowicie bez selektywności: „kogokolwiek spotkacie, zaproście”.
[8] Na przykład we wszystkich poniższych przypowieściach bohater zaprasza innych do wzięcia udziału w przyjęciu lub uroczystości: syna marnotrawnego (Łk 15, 11-31), zaproszonych gości na obiad (P 14, 16-18, ?19-20?, 21, 23 = Łk 14, 16-23 = Mt 22, 2-13), zagubioną owcę (Łk 15, 4-7) i zagubioną monetę (P 15, 8-10 = Łk 15, 8-10).
[9] Moja niezgodność z interpretacją oporu bez przemocy Waltera Winka (2007), pomimo imponującej wiedzy naukowej, która za nią stoi, polega na tym, że wydaje się ona oddzielać te trzy powiedzenia (drugi policzek, płaszcz i koszula, druga mila) od ich kontekstu. Zamiast być przykładami „kochaj swoich wrogów”, wydają się one stać się przykładami „przechytrzenia swoich wrogów” lub „odwrócenia sytuacji na ich niekorzyść”. Te powiedzenia stoją teraz poza zasadniczym duchem bezinteresownej troski o innych, który tak wyraźnie przewija się w tym dyskursie. Zgadzam się z oceną Roya Hoovera: „Jezus nie nauczał swoich słuchaczy, jak przechytrzyć swoich władców sprytną, bezczelną bezczelnością, ale jak postępować jak dzieci ich nieobliczalnie hojnego Ojca niebieskiego” (2002, s. 54).
[10] Pomysł, że Bóg mówi nam połączenie tych dwóch wersetów, pochodzi z Kursu cudów (Anonim, 1992): „Czyż On [Bóg] pośpieszyłby mu z odpowiedzią i powiedział: «To jest mój Syn i wszystko, co mam, jest jego»?” (Zeszyt ćwiczeń dla uczniów, s. 486).
______________________
Jeśli podobała Ci się ta historia, to może spodoba Ci się i ta !
Być może będziesz zainteresowany głębszym poznaniem Kursu Cudów we wspólnocie.
